Eduscience

Eduscience

Nasi uczniowie są już w podróży powrotnej do kraju. Zanim wyruszyli w morze i stracili dostęp do Internetu przekazali nam relację z ostatnich dni pobytu w „polskim domu pod biegunem”. Zamieszczamy ją poniżej.

Jak już wspominaliśmy czasu tu się trudno doliczyć. Zatem było to pewnego dnia po śniadaniu. Wybraliśmy się na pobliski przylądek Wilczek, na którym uczestnicy jednej z pierwszych wypraw zimujących postawili krzyż, który wita wszystkich wpływających do zatoki. W tym miejscu warto wspomnieć, że choć stacja została założona w 1957 roku, to dopiero po przebudowie w latach 1978/79 możliwe było rozpoczęcie regularnych wypraw zimujących. Obecnie w stacji przebywa już XXXVI wyprawa polarna. Przylądek Wilczek, na który się wybraliśmy to także miejsce, w którym podróżnicy upamiętniali ważne wydarzenia, jak chociażby uratowanie życia podczas sztormu, czy katastrofy śmigłowca. Na przybrzeżnej skale jest także tablica upamiętniająca tragiczną śmierć jednego z polarników – Adama Kieresa.

Tuż po obiedzie wybraliśmy się w długą wędrówkę do starej, liczącej ponad sto lat chaty traperskiej. Aby tam dotrzeć wybraliśmy dłuższą i trudniejszą, ale za to dużo bardziej malowniczą trasę przez góry. Pogoda nas nie rozpieszczała. Co prawda po raz pierwszy od kilku dni nie padało, ale mgła ograniczała widoczność. Choć nie było nam dane podziwiać szczyty górskie, ale za to mogliśmy liczyć na tutejszą faunę. Podglądaliśmy sztuczki wydrzyka, który aby odciągnąć nas od swojego gniazda udawał zranionego i powłócząc skrzydełkiem oddalał się w bezpiecznym kierunku. Co jakiś czas zbliżały się do nas renifery zaciekawione obecnością nowych ludzi w tej okolicy. Zza skał obserwowały nas miejscowe lisy – pieśce, a gdzieś wysoko na skałach dawały o sobie znać alczyki. Gdy już zeszliśmy z gór, musieliśmy pokonać jeszcze jeden odcinek przez tundrę. Chwilami było to bardzo trudne, gdyż buty lgnęły w grząskim gruncie, a woda wlewała się do środka. Poczuliśmy dużą ulgę, gdy wreszcie na horyzoncie pojawiła się drewniana chata traperska. Warunki w niej nie odbiegały od tych, które przed stu laty mieli miejscowi myśliwi polujący na tutejszą zwierzynę. Szybko rozpaliliśmy w piecu i zagotowaliśmy wodę z pobliskiego strumienia. Po kolacji mieliśmy jeszcze dużo czasu, aby posłuchać ciekawych opowieści, w których głównym bohaterem najczęściej był niedźwiedź polarny. Chociaż do tej pory nie spotkaliśmy żadnego, nasz pobyt na Spitsbergenie był ich obecnością naznaczony. Nawet w najbliższą okolicę stacji nie można bowiem wychodzić bez obstawy człowieka posiadającego broń palną. Misie pojawiają się tu niespodziewanie. W większości przypadków nie są agresywne i wystarczy nie wchodzić im w drogę, jednak czasami zdarza im się atakować człowieka. Stąd konieczne jest zachowanie wszelkich środków ostrożności.

W chacie spało nam się wyjątkowo dobrze, choć warunki były trudne. Po śniadaniu ruszyliśmy w góry do Stacji Polarnej im. St. Baranowskiego Uniwersytetu Wrocławskiego, tzw. „Baranówki”. Zostawiliśmy cięższe bagaże i ruszyliśmy zobaczyć, znajdujący się w pobliżu lodowiec Werenskioldbreen. Moglibyśmy jeszcze tak długo wędrować, ale późna pora zmusiła nas do odwrotu. Ok. godz. 16.00 byliśmy ponownie w Baranówce. Wzmocniliśmy się gorącą herbatą i kanapkami i rozpoczęliśmy mozolną wędrówkę powrotną do naszej stacji. Tym razem wracaliśmy już wzdłuż wybrzeża przez tundrę. Tuż przed 22.00 byliśmy na miejscu. Byliśmy zmęczeni, brudni, przemoczeni, ale szczęśliwi.

Teraz nadszedł już czas powrotu. W zatoce stoi na kotwicy nasz statek, na którym spędzimy najbliższe 8 dni w drodze do Polski. Liczymy na spokojny rejs, ale o tym, jaki on będzie naprawdę opowiemy już po powrocie.

Z polarnymi pozdrowieniami

Karol, Marcin, Piotr, Magda i Piotr

Co ma tundra do dwutlenku węgla?

Tundra to przykład biomu, czyli obszaru o określonym świecie roślinnym i zwierzęcym w danej strefie klimatycznej. Występuje głównie na półkuli północnej na obszarze Arktyki i pokrywa ok. 20% powierzchni Ziemi.

Czytaj więcej